Iwona Węgrzyn: Edytor jako detektyw. Problemy komentarza wydawniczego

Moja przygoda z edytorstwem zaczęła się od niecierpliwości, choć pewnie lepiej powiedzieć desperacji, czytelnika pragnącego przeczytać książki, których nie ma i których istnienie dopiero należało sobie wyobrazić. Zajmując się historią literatury dziewiętnastego wieku dość często zdarza mi się poznawać biografie zapomnianych twórców i czytać ich interesujące, a jednak zapomniane utwory. Tak właśnie było, gdy natrafiłam na słynne swego czasu rozprawy krytycznoliterackie Juliana Klaczki, które rozproszone w różnych wydaniach, zagubione w rocznikach starych, rozpadających się już gazet oczekiwały, jak mi się wydawało, na  przypomnienie i ponowną lekturę. Brak pamięci o Julianie Klaczce i brak nowoczesnej edycji jego pism niepokojąco kontrastował z zachwytami dziewiętnastowiecznych czytelników i zapewnieniami wybitnych historyków literatury, którzy byli głęboko przekonani o wartości tych szkiców. 

Nieco inaczej sprawa się miała z moją kolejną edytorską pracą – krakowskimi opowieściami Henryka Rzewuskiego zatytułowanymi Nie-bajki. Ich autor zniechęcony brakiem godnego jego zdaniem przyjęcia bądź zajęty już innymi projektami nie dokończył swego dziełka – opublikował jedynie tom pierwszy. Kolejne gawędy pozostawił w gazetowych pierwodrukach, nie wyjaśniając nawet czy ostatnie z opublikowanych opowiadań rzeczywiście miało stanowić zamknięcie całego cyklu. Nie dość więc, że Nie-bajki prowokowały swą nieoczywistą kompozycją, jakąś szkicowością, to jeszcze tych kilka recenzji i omówień, jakie towarzyszyły ich pojawieniu się, były wprost druzgoczące. Fatalna opinia o politycznych i ideowych wyborach Henryka Rzewuskiego nałożyła się na konsternację krytyków i badaczy nieoczywistą formą literacką tych prozatorskich drobiazgów i w efekcie doprowadziła niemal do fizycznej eliminacji tego zbioru z kart historii literatury polskiej.

W obu wypadkach impulsem do rozpoczęcia prac edytorskich była trudna do wytłumaczenia potrzeba zebrania rozproszonego materiału, scalenia go, a przez książkową publikację ocalenia czy może lepiej przywrócenia historycznoliterackiej pamięci. Praca nad tymi tekstami, prócz ogromnej satysfakcji i wręcz radości „odsłaniania” tajemnic przeszłości, przyniosła mi dwie, zupełnie odmienne lekcje edytorskiego rzemiosła – i w obu wypadkach były to bolesne lekcje pokory…

Odmienność obu przedsięwzięć na pozór sprowadzić można do różnic wynikających z innego charakteru opracowywanego materiału. Edycja pism Juliana Klaczki to edycja pism publicystycznych i esejów krytycznoliterackich, zaś wydanie utworu Henryka Rzewuskiego musiało koncentrować się na literackich walorach dzieła. Tymczasem, wbrew przewidywaniom, przygotowując przypisy do pism Klaczki zajmowałam się przede wszystkim literaturą piękną (poszukiwaniem źródeł cytatów i trawestacji, tropieniem zapomnianych autorów, rozstrzyganiem kto, kogo i z jakiego powodu obraził, uraził, skrytykował ‒ czyli ustalaniem skąd się wzięła w tekście jakaś złośliwość, aluzja czy nawet pomówienie). Zaś uzupełniając przypisy do Nie-bajek poszukiwania prowadziłam przede wszystkim w starych herbarzach Paprockiego, Niesieckiego i Uruskiego, bo jak się okazało fikcjonalne opowieści o duchach i zjawach opowiadali najprawdziwsi ludzie – krakowscy znajomi, przyjaciele i krewni autora. Tym samym więc tam, gdzie spodziewałam się kontekstów historycznych i politycznych znalazłam literaturę, zaś przygotowując edycję utworów artystycznych poszukiwałam informacji biograficznych i zgłębiałam kulturę szlachecką, ziemiańskie tradycje i tajemnice historii Rzeczypospolitej Krakowskiej.

Co więcej, była to niezwykle żmudna robota edytorska. Obaj autorzy okazali się wielkimi erudytami, co gorsza erudytami lubiącymi się popisywać wiedzą, grać z czytelnikami w literackie skojarzenia. Praca nad krytycznym opracowaniem tekstów przyniosła jednak wymierny, choć zupełnie nieoczekiwany skutek dla mnie jako historyka literatury. Mozół poszukiwań źródeł cytatów i skojarzeń literackich (oczywiście nie zawsze zakończony pozytywnym efektem) oraz „dramatyzm” ryzykownych rozstrzygnięć o którym to z Popielów, Morsztynów czy Michałowskich mógł pisać Rzewuski, nie posłużyła tylko opatrywania tekstu bogatymi przypisami. Ustalenia czysto edytorskie stały się podstawą zaproponowanych we wstępach interpretacji, odsłoniły niezwykły, niezauważony przez nikogo wcześniej kontekst ideowy i artystyczny utworów Rzewuskiego.  Dostarczyły także argumentów pozwalających odeprzeć krytyczne uwagi wcześniejszych interpretatorów i zaproponować zupełnie nowe odczytanie tych jakże specyficznych „ogawędzonych” opowiadań.

W przypadku Klaczki edytorska perspektywa badań nad tekstem pozwoliła na odsłonięcie specyfiki językowego ukształtowania jego pism. Wiadomości biograficzne doskonale zespoliły się z ustaleniami edytorskimi. Otóż Klaczko – spolonizowany Żyd, myślał i pisał literacką polszczyzną. Mam na myśli niemal zupełny brak odniesień do języka codziennego, do utartych frazeologizmów, wyrażeń z języka potocznego. Klaczko wszystkie swoje skojarzenia i emocje opisywał za pomocą cytatów bądź skojarzeń do ulubionych utworów literackich i wielbionych twórców. By rzetelnie opisać i zrozumieć wypowiedzi Klaczki należało więc sięgać do Mickiewicza, Krasińskiego, Skargi, Kochanowskiego. Pamiętając jednak, że ukochanych pisarzy publicysta cytował z pamięci, a więc najczęściej lekko zniekształcając oryginalne strofy… Podobnie rzecz się miała z jego przypisami do  cytatów z Szekspira – tyle tylko, że tu było jeszcze gorzej. Nie znając angielskiego, pisarz korzystał z francuskich tłumaczeń (rzadko z polskich przekładów) i tu stopień zniekształcenia cytatu był jeszcze większy, a co za tym idzie wzrastała trudność rzetelnego sformułowania przypisu. Najpoważniejszy problem stanowiła „gęstość” erudycyjnych skojarzeń pisarza, jego wprost niezwykłe „myślenie” literaturą. Niemal każda z jego myśli, każda z tez wikłana była w bogaty kontekst intertekstualny. Zarówno na poziomie języka, obrazowania, jak i retoryki. Żeby nie być gołosłowną, pozwolę sobie przywołać następujący przykład. W Sztuce polskiej Klaczko pisał o:

 

…pokutującym duchu Polski, który szuka swego wyzwolenia… lub odurzenia, który w trudzącym biegu i myśli ucisku, mniema na chwilę już znaleźć spocznienie – czy to na mrowisku metafizycznych urojeń, czy na różowym łożu artystycznych marzeń.

Tylko że na owym mrowisku czekały pałające czoła te żądeł tysiące, które nie dawały wytchnienia i męką głowy przynajmniej przypominały mękę serdeczną; gdy tymczasem to różowe łoże, na którym teraz rozlegać się myślimy, ma swoje narkotyczne i denerwujące wonie, niebezpieczne dla silnych, stokroć niebezpieczniejsze dla słabszych! Tylko, że ten Faust, który nad księgą Nostradama jeszcze jest potężnym acz zrozpaczonym Tytanem, przed grecką Heleną w niemęskim acz słodkim opada omdleniu1

Pierwsza część tego fragmentu zbudowana jest wokół metaforyki mrowisko/żądeł tysiące zaczerpniętej z Marii Antoniego Malczewskiego, druga zaś odwołuje się do tematów i postaci z II części Fausta Goethego. Na jednej więc i tej samej stronie, w jednym paragrafie spotkały się skojarzenia dla jednego z ważniejszych dla formacji romantycznej utworu literatury polskiej, odwołania do Fausta Goethego (w tłumaczeniu autorskim Klaczki), wspomnienie Jakuba Szeli, cytat z Ojcze-nasz Augusta Cieszkowskiego, rzucona ot tak uwaga, że „talenty malarskie i muzykalne właśnie po owym deszczu w Polsce krwawym (powstanie) „rodzą się jak grzyby” – cytat z III pieśni Beniowskiego Juliusza Słowackiego i jeszcze wspomnienie wystaw  w warszawskim sklepie Hirschla… Dobrze choć, że w tekstach oryginalnych nie było zbyt wiele błędów zecerskich, bo „Wiadomości Polskie”, gdzie publikował Klaczko, były składane przez polskich drukarzy i wyróżniały się jakością redakcji…

Pod względem językowo-stylistycznym przypadek utworu Henryka Rzewuskiego był skrajnie odmienny, a równocześnie zdumiewająco podobny. Odmienny, bo utwory pana hrabiego (myślę o tych wydawanych w Petersburgu) składane były przez rosyjskich zecerów, dla których nawet kształt polskich czcionek był obcy. Stąd niewiarygodna liczba błędów: literówek, ale i wątpliwości o charakterze tekstologicznym, wymagających rozstrzygnięcia już na poziomie grafii. Równocześnie jednak edytorskie opracowanie Nie-bajek ujawniło, podobnie jak w rozprawach Klaczki, nieoczywisty status polszczyzny także i tego wybitnego pisarza. Jak dla Klaczki, taki i dla Rzewuskiego polszczyzna nie była ani pierwszym, ani jedynym językiem. Pochodząc z rodziny arystokratycznej, Rzewuski na co dzień posługiwał się przede wszystkim językiem francuskim: jego domowi guwernerzy uczyli go z francuskich podręczników, kończył słynną szkołę A. Nicolla w Petersburgu, gdzie oczywiście uczył się po francusku i po francusku rozmawiał z innymi uczniami. Francuski był językiem konwersacji z arystokratycznymi krewnymi, nawet z żoną (Julią z Grocholskich) i siostrami (Karoliną i Ewą) korespondencję prowadził po francusku. W jednym ze szkiców wspomnieniowych zauważał, że polszczyzna była dla niego przede wszystkim językiem mowy, nie pisma; językiem domowej tradycji i swobodnej rozmowy (ale najczęściej ze służbą i przyjaciółmi) nie zaś językiem wypowiedzi artystycznej czy wymagającego precyzji wywodu filozoficznego lub publicystycznego. Dlatego zachwytom dla fabuły i obrazowania utworów Rzewuskiego często towarzyszyły kontrowersje względem językowej poprawności tych dzieł. Co można było wybaczyć szlacheckim bohaterom Pamiątek Soplicy stawało się mocnym zarzutem dla autora powieści historycznych, a przede wszystkim publicysty politycznego. Rzewuski rzeczywiście nie znał gramatyki języka polskiego – obdarzony genialnym słuchem dla polszczyzny mówionej, świadomie i konsekwentnie nie respektował standardów języka literackiego. Dwujęzyczność pisarza ujawniała się także, gdy trzeba było wyjaśnić takie słowa jak gerydon czy rubikund – gdzie słownik Lindego nie pomagał, ratunek przychodził dopiero za sprawą francuskiego słownika Micro Roberta i encyklopedii Laroussa. Wyzwaniem pozostają także francuskie nazwiska zapisane fonetycznie – niektóre są oczywiste Roszambo (Rochambeau) czy Ryszelie (Richelieu), ale gdy przyszło do objawień Katarzyny Teot (Theot) i mistycznych natchnień Gerla (Gerle) na trop wpadłam dopiero dzięki Piotrowi Chmielowskiemu i jego pracy Liberalizm i obskurantyzm na Litwie i Rusi, gdzie wśród najdziwniejszych sekt wymieniona została i ta z czasów Robespierre’a…

Największy problem sprawiała jednak składania Rzewuskiego: składnia języka mówionego i stosowane przez niego z upodobaniem regionalizmy. Jako edytor musiał odpowiedzieć na pytania: Co z nimi robić? Poprawiać? Wygładzać? Uwspółcześniać? Choć pewnie byłoby to znaczne ułatwienie dla współczesnego czytelnika, to z punktu widzenia historii literatury postępowanie takie przyniosłoby niepowetowaną stratę – edytor zamiast przywracać dzieło współczesności, podejmowałby arogancką próbę zatarcia dziewiętnastowiecznej tożsamości utworu. Kierowałam się więc czymś tak złudnym jak własne wyczucie oraz intuicyjnie wyczuwaną potrzebą wyważenia między maksymalnym zachowaniem specyfiki tekstu a względną jasnością frazy, by ta była jednak zrozumiała dla czytelnika. Zdecydowałam także, że chcę być wierna ekscentrycznemu, ale bardzo świadomemu swych decyzji panu hrabiemu, który otwarcie pisał: 

Każda gramatyka żywotnego języka jest absurdum. Im styl pisarza ściślej się trzyma przepisów gramatyki, tym jest nudniejszy dla czytelnika. Pisarz powinien tak pisać jak mówi, inaczej nie będzie samym sobą. A styl jest tylko indywidualnością. Przesadzona wiara w gramatykę niszczy styl, a na jego miejscu zostaje jakaś forma namówiona, w którą się rzucają myśli. To powstawanie ciasnych mózgownic na autora oryginalnego, który z resztą daje się czytać z przyjemnością, za to że omija się z formułami tego lub owego gramatyka są to ostatnie wysilenia klasycyzmu. (…) A cóż jest pismo? Oto mowa utrwalona, podlegająca wszelkim warunkom mowy. To, co by było nudne w mowie, jakże może stać się przyjemnym w piśmie?2

Skoro więc na oddaniu żywego stylu języka mówionego tak bardzo zależało Rzewuskiemu, to jako edytor nie miałam prawa „poprawiać” autora. Te zacne intencje nie ochroniły mnie jednak przed popełnieniem błędu. Prof. Andrzej Romanowski do tej pory mi wypomina, że zepsułam piękne otwarcie tomu, tam gdzie bohaterowie zapraszają pana cześnika parnawskiego Jacka Soplicę do wygłoszenia pierwszej opowieści, mówiąc z krakowska: Prosiemy, prosiemy…, które ja poprawiłam na „gramatycznie poprawne” prosimy

Na marginesie warto zauważyć, że znacznym niebezpieczeństwem dla edytora dziewiętnastowiecznych utworów jest uroda tamtego języka, który lubi wpływać zarówno na codzienną polszczyznę, jak i na język wypowiedzi naukowej. Niestety nadużywanie stylu tamtej epoki grozi nie tylko brakiem zrozumienia u współczesnych, ale też i niezamierzoną utratą dystansu badawczego. Świadoma tych zagrożeń, muszę jednak przyznać, że mój słownik wzbogacił się o: egzageracje, absztyfikantów, systemata i szastanie się. Lubię też podróżować rzemiennym dyszlem (czyli zbaczać z drogi) i pytać córkę, dlaczego jest taka namormoszona? Gdy zaś proszę o szybszą decyzję mam ochotę powiedzieć: ależ proszę się wreszcie determinować… Z Kronik Bolesława Prusa, nad którymi teraz pracuję, przejęłam zaś urocze wyrażenie – zdekonfiturowany, co wyjaśnić można jako zbity z pantałyku.

Jak wspominałam, przez kilka lat (to nie przesada) szukałam danych biograficznych bohaterów tomu opowieści Henryka Rzewuskiego, tropiłam arystokratycznych mieszkańców Krakowa roku 1811, ich kuzynów, przyjaciół i dalszych znajomych wśród których znaleźli się panowie Kononowicz, Klonowicz czy Jacek Pękosławski, na których temat niestety, mimo prób, nic nie udało się ustalić. Dla miłośników historii i genealogicznych szarad zabawa cudowna, tyle że niestety czasochłonna i często bezowocna.

W pracy nad Nie-bajkami najwięcej kłopotów przysporzyło mi słowo praudyczenia. Nigdzie nic. Z kontekstu zdania wynikało, że mogę w przypisie sformułować oględnie: że jest to neologizm ukuty przez Rzewuskiego, a pojawia się w znaczeniu: opowieści, przemowy, od „prawić, rozprawiać”. Niestety, choć blisko, ale jak na standardy naukowego edytorstwa wielce niedokładnie: nie chodzi bowiem o praudyczenia, ale o prandyczenia (zemsta rosyjskich składaczy w drukarni, którzy „odwrócili” n…) – wygadywać bzdury. Gdy tylko „odwróciłam” owo nieszczęsne n z pomocą przyszedł niezastąpiony dla edytora dzieł dziewiętnastowiecznych Słownik warszawski Jana Karłowicza, Adama Kryńskiego i Władysława Niedźwieckiego. Niestety, pomysł na prandyczenia wpadł mi do głowy w dniu, w którym Nie-bajki były już drukarni. Już nie zdążyłam wprowadzić tej zmiany…

Jeśli Państwo pozwolą na zakończenie chciałabym powiedzieć o wielkim przywileju, jakim przy opracowywaniu tomu szkiców Juliana Klaczki była dla mnie współpraca z profesorem Henrykiem Markiewiczem. Notę edytorską zakończyłam należnymi podziękowaniami dla pana Profesora, bez którego życzliwości i pomocy wydanie tego tomu najpewniej nie doszłoby do skutku. Im jednak więcej czasu upływa od tamtej współpracy, tym bardziej doceniam jak wiele zawdzięczam panu Profesorowi, jak wielkie znaczenie miała dla mnie mistrzowska szkoła warsztatu edytorskiego, jaką od Niego otrzymałam. 

Oczywiście w trakcie prac nad książką wcale tak pięknie to nie wyglądało. Z przerażeniem zaglądałam do skrzynki pocztowej, gdzie czekał na mnie list od Profesora z kolejnymi pytaniami, kolejnymi zlecenia co jeszcze należy sprawdzić, co uzupełnić, dopisać.  Wychodząc z mieszkania Profesora z plikiem pokreślonych kart pytałam się bezradnie: po co mi to wszystko było? Na kolejnych wariantach tekstu wciąż pojawiały się znaczki, co jeszcze trzeba uzupełnić w przypisach, czego brakuje a co zostało nieprecyzyjnie omówione. I równocześnie – czego jest za dużo. Każda moja gadatliwość, rozwlekłość była bezwzględnie przez Profesora tępiona, każdy zbędny erudycyjny popis – wytknięty.

Ku mojemu zadowoleniu, ale i równoczesnej rozpaczy Profesor nie tylko zainteresował się problemami edycji rozpraw Juliana Klaczki, ale z zadowoleniem komentował: jak bardzo wymagający to autor. Mnie nie było do śmiechu, bo książka się rozrastała monstrualnie. Niemal każde spotkanie kończyło się propozycją, by coś jeszcze włączyć do tomu: dodać wypowiedz Klaczki o Sienkiewiczu, nie zapominać o interesującym fragmencie o Dembowskim... I gdy już wszystko było prawie gotowe, i gdy został mi jakiś najostatniejszy przypis w czytelni naukowej Biblioteki Jagiellońskiej zamówiłam książkę (jeśli dobrze pamiętam była to Vita Nuova Dantego). Książka stała na półce prof. Markiewicza w towarzystwie niemal wszystkich wykorzystanych przeze mnie pozycji… Przyznam, że w pierwszej chwili mnie zmroziło. Profesor sprawdził niemal każdy mój przypis, weryfikował każde źródło, na które się powoływałam (numery stron, daty wydania, redakcje…). Był to dla mnie jawny znak braku zaufania. Musiało upłynąć sporo czasu zanim zrozumiałam, że to co odebrałam jako podejrzliwość Mistrza, było znakiem jego odpowiedzialności. Odpowiedzialności za rzetelnie wykonaną robotę edytorską. 

Chciałaby opowiedzieć o jeszcze jednej lekcji otrzymanej od Profesora. Napisany przeze mnie wstęp Profesor ocenił pozytywnie. Właściwie nie miał większych uwag. Zanegował tylko jeden paragraf – ten dotyczący konsekwencji konwersji religijnej Klaczki. Za Romanem Branstetterem i Zbigniewem Baranem z pewną egzaltacją, ze wstydem dziś przyznaje, domniemywałam jakąż to traumę musiał przeżywać Julian Klaczko, gdy odchodził od wiary ojców i zdecydował się przyjąć chrzest. Jedno pytanie Profesora: Ale znalazła pani jakieś listy, dokumenty, które mogą potwierdzić te wnioski? To jedno pytanie podziałało jak kubeł zimnej wody. Oczywiście, że takich listów nie ma. Klaczko milczał na ten temat. Milczał konsekwentnie. I to milczenie jest tematem a nie snute przez biografów przypuszczenia… I nie chodzi nawet o to, że Profesor, sam pochodzący ze spolonizowanej żydowskiej rodziny, wiedział znacznie więcej na ten temat niż ja snująca przypuszczenia na podstawie domniemań innych komentatorów. W tej historii streszczają się także wszystkie wcześniejsze batalie toczone wcześniej o opatrywanie niepewnych przypisów komentarzem: prawdopodobnie chodzi o, autor najprawdopodobniej pisze o… itd.

Współpraca z profesorem Henrykiem Markiewiczem była dla mnie wielką lekcją edytorskiej i interpretacyjnej odpowiedzialności. Odpowiedzialności, która nakazuje edytorowi trzymać się jak najbliżej tekstu, jak najbliżej faktów. Edytor winien przywracać zapomniane kształty, rozjaśniać sensy, ale nie może przesłaniać swoją osobowością i  swymi pomysłami interpretacyjnymi samego dzieła. 

 

Julian Klaczko, Rozprawy i szkice, oprac. I. Węgrzyn, Kraków 2005, s. 364-365.

2 H. Rzewuski, Wspomnienia z XVIII wieku, w: Nie-bajki i inne opowieści szlacheckie, oprac. I. Węgrzyn, Kraków 2011, s. 241.