Piotr Borek: Edytor i erudycja

Stosunek edytorów do zagadnienia erudycji jest niejednoznaczny. Powyższa konstatacja wynika z obserwacji wielu wydań dzieł dawniejszych i nowszych. Jak pamiętamy, Konrad Górski stwierdził, że „wydanie, które ma być podstawą wszelkich badań naukowych, winno mieć charakter źródła historycznego bez żadnych sugestii interpretacyjnych”. W odpowiedzi na ten rygorystyczny postulat A. Karpiński słusznie zauważył, że z interpretacją dzieła wiążą się czynności podstawowe, takie jak transkrypcja wespół z modernizacją interpunkcji. A do tego dochodzi jeszcze, jak zaznaczył badacz, lęk „przed sugestiami interpretacyjnymi”, które – siłą rzeczy – zawierają objaśnienia rzeczowe, językowe, kontekstowe, pozwalające należycie rozumieć tekst czytelnikowi. „Doświadczenie uczy jednak, że bardzo wiele miejsc w tekście dzieła staje się jasne i zrozumiałe dopiero w trakcie sporządzania tego rodzaju objaśnień, wydawca ma zaś ma obowiązek rozumieć tekst wydawany, a miejsca dlań niejasne zasygnalizować – jest to jego obowiązek podstawowy, z którego nic zwalniać nie może”. Idea wydawania edycji niejako „przeźroczystych” (mowa tu o pomijaniu objaśnień, a skupieniu trudu na starannym odwzorowaniu podstawy, udokumentowaniu form słownikowych itd.) patronowała serii Biblioteki Pisarzów Polskich. Obecnie odeszliśmy od tego modelu, mając na uwadze m.in. ułomności tak pojętego wydania dokumentacyjnego. W dobie rozwoju techniki cyfrowej oraz możliwości, jakie daje Internet, widać bardzo wyraźnie ograniczenia wiążące się z próbami ustalania raz na zawsze jedynie poprawnej postaci tekstu. Wariantowość wielu dzieł wpływać musi siłą rzeczy i na ten etap prac edytora, którzy dotyczy erudycji filologicznej. Termin ten zdefiniował Karpiński następująco: „W przypadku badań nad polską literaturą dawną, choć nie tylko, erudycja ta polega m.in. na umiejętności powiązania danego tekstu z piśmiennictwem antycznym, Biblią, literaturą europejską i wcześniejszym dziedzictwem piśmiennictwa polskiego, umiejętnością uzyskiwaną do tej pory dzięki wiedzy, lekturom i doświadczeniu w korzystaniu z tradycyjnych źródeł: słowników, indeksów, konkordancji etc. Od jakiegoś już czasu filolog dysponuje bazami tekstów antycznej literatury greckiej i łacińskiej. Dostępne są: Biblia, teksty patrystyczne, spory korpus nowożytnych dzieł łacińskich, różnorodne bazy tekstów w językach wernakularnych, w tym powiększające się zestawy tekstów polskojęzycznych”. Obok wymienionej przez badacza erudycji filologicznej można by zaproponować i inne, z którymi musi się zmierzyć edytor. Jeśli profil wydawanego zabytku jest religijny, to mówilibyśmy o erudycji teologicznej, gdyby temat dotyczył minionych dziejów, to należałoby wprowadzić termin erudycji historycznej itd. (w przypadku np. Wernyhory Michała Czajkowskiego ważna jest tradycja ludowa, szlachecka). 

Wracając jeszcze do możliwości, jakie daje Internet (mam tu na uwadze budowanie struktury hipertekstu), warto przypomnieć zdanie Janusza Gruchały: „Wyobraźmy sobie lekturę tekstu, który edytor ustalił zgodnie z wszelkimi regułami, ale podał go tak, że na żądanie czytelnika mogą się pojawiać coraz głębsze „warstwy”: komentarz wywoływany za pomocą kursora w miejscach, których odbiorca nie rozumie, podobizna rękopisu lub druku pozwalająca skontrolować działania wydawcy, a do tego tradycyjny aparat krytyczny tłumaczący sens owych ingerencji lub interpretacji edytorskich”.

Nie ma wątpliwości, że takie edycje powstaną i że ich składnikiem staną się objaśnienia ujawniające erudycję twórcy. Problemem pozostanie jednak siatka znaczeń na poziomie wyższym niż objaśnienie pojedynczych słów, zdań, similiów itp. Wszak w obrębie szeroko pojętej erudycji mieścić się musi np. świadomość genologiczna twórcy, który może dowolnie kształtować strukturę gatunku. Wiemy, że dla pisarzy romantycznych klasyczna genologia stanowiła punkt odniesienia dla dyskusji o formie przekazu. Nie byłoby na przykład romantycznego dramatu otwartego bez klasycznej tragedii czy komedii. Trudno wyobrazić sobie balladę bez jej epickiej poprzedniczki – dumy. Przykładów jest więcej. Krótko mówiąc, wąskie definiowanie erudycji, odnoszące się do próby uchwycenia sieci zależności intertekstualnych nie wyczerpują zagadnienia. Dlatego potrzebny jest wstęp, w którym edytor podsumuje, uogólni i poszerzy spostrzeżenia ujawnione w objaśnieniach. Dokona zatem syntezy i sproblematyzowania erudycji ujawnionej w przygotowywanym przezeń do wydania zabytku.

Na koniec trzeba wyrazić jedną jeszcze wątpliwość: na ile próba rekonstruowania erudycji (a więc poniekąd biblioteki) pisarza może być pełną i adekwatną. Przykład similiów prowadzić może do „przeszacowania” wiedzy i kompetencji literata (korzystającego często np. z wypisów, florilegiów, antologii), z drugiej jednak strony zawsze towarzyszyć będzie wydawcy niepokój, że nie dotarł do wszystkich zasobów, wykorzystywanych przez twórcę. Czy jednak naszym zadaniem jest zebranie całego kontekstu potwierdzającego erudycję twórcy? Zapewne na to pytanie trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Niekiedy może ona być kluczem dla dotarcia do autorskiego przesłania, niekiedy jednak rodzajem gry z czytelnikiem i próbą zacierania sensów, które tenże odbiorca stara się dekodować. 

Sytuację komplikuje ponadto fakt świadomości filologicznej edytora, projektującego na dzieło swój obraz rzeczywistości, w tym doświadczeń kulturowych (lekturowych). Przyłożenie mentalnej matrycy (wszak żyjemy w konkretnym miejscu i czasie) stanowi dla wydawcy nie lada problem, utrudniający wniknięcie w świat przedstawiony oraz przesłanie ideowe zabytków literackich. Erudycja twórcy powinna być zatem w miarę możliwości udokumentowana, ale też nie może stanowić celu samego w sobie. Winna być podporządkowana budowaniu sensów naddanych, sfunkcjonalizowana jako element (ideologem – w sensie wyjściowej struktury kreowania znaczeń) semantyki całego dzieła.